Udostępniamy Państwu wszystkie numery czasopisma „Na Spiszu” posegregowane wg. lat
W tym roku Msza św. dziękczynna odprawiona została w ostatnią niedzielę maja, tj. w święto Zesłania Ducha Świętego. I serce rosło, gdy po długiej spowodowanej obostrzeniami absencji stara krempaska świątynia wypełniła się po brzegi ubranymi w tradycyjne spiskie stroje członkami zespołu. A ten, gdyby go dobrze przeliczyć, zrzesza we wszystkich grupach wiekowych ok. 80 osób.
Na początku, jeszcze przed Mszą św., kapela Dominiki Trybuły zagrała „Barkę” – ukochaną pieśń Ojca Świętego Jana Pawła II. A już na wejście pieśń „Przyjdź Duchu Święty, ja pragnę”. Nie zabrakło też spiskiego winszowania, a po zakończeniu Mszy św. nawet tradycyjnej, związanej z ogrywaniem moji śpiewki pt. „Na jakom pamiontke moje stawiajom”.
– Bardzo mnie to cieszy, że są w Krempachach ludzie, którzy mają swoją pasję i umieją się tą pasją podzielić – zaznaczył w specjalnej przemowie do zespołu ks. proboszcz Zbigniew Ścisłowicz. – Tak wielu was tu gra! I ja też kiedyś uczyłem się grać. Ale jak nauczyciel połamał na mnie dwa kije, to już wiedziałem, że muzykanta ze mnie nie będzie – żartował.
Po dokonanym dziękczynieniu członkowie zespołu w radosnym korowodzie udali się do remizy OSP, by tam z racji Zielonych Świątek złożyć życzenia i ograć strażaków. A że pogoda w tym roku kompletnie nie sprzyjała wędrowaniu i tradycyjnemu ogrowaniu moji, świętowanie zakończyło się wspólnymi posiadami przy stole.
Tekst i zdjęcia z: www.krempachy.pl
[ngg src=”galleries” ids=”32″ display=”basic_thumbnail”]
W noc poprzedzającą święto Zesłania Ducha św. kawalerzy na Spiszu nie próżnują. Kiedy zrobi się zupełnie ciemno i jest już pewność, że nikt nie podejrzy ich przy robocie, przed domami dorastających dziewcząt stawiają moje.
– Nazwa moj wzięła się od modrzewia. Tak kiedyś na niego wołano – wyjaśnia prezes Związku Polskiego Spisza Jan Budz. – Dawniej pannom stawiano modrzewie. Z czasem wycinki tych drzew zakazano, przerzucono się więc na świerki, a potem na powszechnie dostępne olchy.
Komu moja, komu?
– W Kacwinie małego smrecka dostawała kiedyś każda dziewczynka. Nawet ta, która dopiero co przyszła na świat – wspomina 64-letnia Maria Pietraszek, pochodząca z tej właśnie wioski. – Jeśli w domu było 5 córek, przed domem obowiązkowo stało 5 moji.
Inaczej zwyczaj wyglądał w Krempachach. Tutaj na stawiane dziewczętom drzewka przeznaczano po prostu olchy. – Szliśmy w nocy od domu, do domu. Tam, i tylko tam, gdzie były panny na wydaniu, wbijaliśmy przed domem moje – opowiada Józef, mąż Marii. – Im większe powodzenie dziewczyna miała, tym więcej moji w tę noc dostała. W Dursztynie dla odmiany moje stawiano przed każdym domem – niezależnie od tego, czy były w nim dziewczęta, czy nie. – Wieś wyglądała rano jak jedna wielka zielona aleja – wspomina z błyskiem w oku mieszkaniec Dursztyna Walenty Kaczmarczyk. Osobną grupą, do której wszędzie adresowało się moje, byli nauczyciele, księża, sołtysi i urzędnicy. – Akt postawienia drzewka np. przed plebanią czy szkołą był znakiem czci i uszanowania dla władzy – wyjaśnia Maria Wnęk, regionalistka i działaczka społeczna.
Mieć się ku sobie
Postawienie dziewczynie moja chłopaka zobowiązywało i było swoistego rodzaju deklaracją jego uczuć. Kawaler, który wybierał świerk, podczas gdy inni stawiali olchę, dawał wyraźny znak, że mu na pannie zależy. Przy okazji takich zalotów narażał się też na żarty ze strony własnych kompanów. – Kiedyś jednemu z naszych, który zalecał się do frydmanianki, wymalowaliśmy wapnem drogę – kierunek Krempachy – Frydman – opowiada Józef Pietraszek. – Lżejszą i mniej widoczną rano (zwłaszcza przy mocniejszym wietrze) formą wytyczenia miłosnej trasy było wysypanie jej trocinami – dodaje. Zdarzały się także inne łobuzerskie wybryki, takie jak zdemontowanie czyjejś bramki, przepchanie wozu z jednego końca wioski na drugi lub temu podobne psikusy.
Dziewczęta w tę wyjątkową noc także nie próżnowały. O ile kawalerka czekała, aż posną, żeby pod osłoną nocy moje postawić, o tyle punktem honoru dla nich było rozpoznanie wbijających drzewka młodzieńców. – Zwyczajowo panny częstowały wódką tych, którzy w ten sposób je uhonorowali – wyjaśnia Maria Wnęk. – Nic więc dziwnego, że chciały podpatrzeć amantów i wiedzieć, komu są zobowiązane.
Ogrywanie moji
Chociaż zwyczaj stawiania moji utrzymał się tylko w nielicznych spiskich miejscowościach – nadal stawiają je np. w Krempachach, Czarnej Górze, Jurgowie czy w Nowej Białej – to samo ich ogrywanie ma się naprawdę dobrze. W pierwszy dzień Zielonych Świątek przy kościele zbierają się muzykanci, strażacy i reprezentanci zespołów regionalnych z małym przystrojonym wstążkami drzewkiem. Po odśpiewaniu pieśni ku czci Matki Bożej ruszają w wesoły obchód po całej wiosce. Pochodowi często towarzyszą przebrani za Cyganów młodzieńcy, którzy przy salwie śmiechu i wygłupów zbierają datki (jajka i drobne pieniądze) na swoje „dziecko”. Panny i gospodynie z odwiedzonego domu tańczą ze strażakami do przygrywającej muzyki, a wieczorem odbywa się huczna zabawa w remizie.
Tradycyjne ogrywanie moji można było zobaczyć m.in. w Dursztynie, Nowej Białej, Frydmanie, Falsztynie, Trybszu, Łapszance, Łapszach Wyżnych, Łapszach Niżnych, Jurgowie, Czarnej Górze i w Krempachach.
Zdjęcia: Franciszek Pacyga
[ngg src=”galleries” ids=”31″ display=”basic_thumbnail”]
Przeszła do wieczności pod opieką Sióstr Niepokalanek, którym przed laty przekazała w testamencie swoją Skałkę pod Czerwonym Wierchem w Dursztynie, w dniu 29 kwietnia 1990 r. w wieku 87 lat.
Głównym punktem uroczystości była Msza św. w naszym kościele parafialnym o godz. 11.00, której przewodniczył Minister Prowincjalny o. Jacek Koman OFM, zaś koncelebrowali: były Prowincjał o. Wacław Michalczyk OFM oraz proboszcz parafii o. Józef Kiełbasa OFM.
Liturgię ubogaciła śpiewem schola parafialna z jej opiekunem o. Damianem Bieńkowskim OFM.
Na zakończenie Eucharystii o. Józef Kiełbasa OFM podziękował wszystkim przybyłym wiernym za obecność i modlitwę, szczególnie kapłanom; przełożonym Zgromadzenia Sióstr Niepokalanego Poczęcia NMP – Matce Generalnej s. Wawrzynie Fedoruk i przełożonej Wspólnoty w Dursztynie s. Jolancie Śląskiej; autorce książki o Mieczysławie Faryniak „Tchnienie Ducha spoczęło na tej skałce” Krystynie Szewc oraz uratowanej przez Panią ze Skałki podczas niemieckiej okupacji Evie Ochodničanovei. Zachęcił do nabywania książki „Tchnienie Ducha spoczęło na tej skałce” oraz obrazków z życiorysem i krótką modlitwą do prywatnego odmawiania o podjęcie kroków zmierzających do rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego pustelnicy ze Skałki.
Mszę św. zakończono aktem zawierzenia Miłosierdziu Bożemu całego świata i każdego człowieka.
Dalszą część uroczystości kontynuowano u Sióstr Niepokalanek pod Czerwoną Skałą w Dursztynie.
Ks. Józef Stanek ur. się 4 grudnia 1916 r. w Łapszach Niżnych. Należał do księży pallotynów. Zaraz po święceniach rozpoczął studia na Tajnym Wydziale Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. 1 sierpnia 1944 r. – w dniu wybuchu powstania warszawskiego przebywał więc w Warszawie. Tuż po rozpoczęciu walki z okupantem stolicy przełożeni skierowali go do pracy kapelańskiej i duszpasterskiej w zgrupowaniu Armii Krajowej „Kryska”. Przybrał pseudonim „Rudy” i całym sercem oddał się służbie Bogu, Ojczyźnie i ludziom. Odprawiał msze polowe, spowiadał, nosił rannych i odwiedzał szpitale. Słowem, robił wszystko, by ulżyć duchowym i fizycznym cierpieniom walczących. I nawet, gdy miał taką możliwość, nie chciał ratować swojego życia. Dalej, nie bacząc na swoje bezpieczeństwo, głosił słowo Boże, rozgrzeszał, ratował rannych i przywracał nadzieję. Niestety, 23 września 1944 r. dostał się w ręce SS. Bity i popychany przez hitlerowców, zaprowadzony został pod szubienicę. Jeszcze przed egzekucją błogosławił przechodzących. Powieszono go na jego własnej stule. W chwili śmierci miał zaledwie 28 lat.
– Z inicjatywą zorganizowania peregrynacji relikwii bł. ks. Józefa Stanka wyszedł do metropolity krakowskiego abpa Marka Jędraszewskiego dziekan niedzicki ks. Józef Bednarczyk. Pomysłowi przyklasnęły też Łapsze Niżne – rodzinna parafia ks. Stanka – wyjaśniał kustosz relikwii ks. Łukasz Zaraś. Jak zaznaczył, pochodzący z Łapsz Niżnych błogosławiony nie jest powszechnie znany, zrodziła się zatem myśl, żeby ludziom przybliżyć postać tego spiskiego rodaka. A że proces błogosławionego nadal się toczy, potrzeba świadectw doznanych za jego stawiennictwem łask i potwierdzonego cudu.
Wszyscy, którzy nawiedzili w dniach peregrynacji swoje kościoły, mogli podziwiać niezwykły relikwiarz w kształcie liter PW. – Kiedy dostaliśmy relikwie z Warszawy, przyszły do nas w zamknięte w szkatułkę w formie trumienki, której nikt nie zauważał – wyjaśniał kustosz relikwii. – Postanowiliśmy zatem stworzyć, coś co od razu przyciągnie uwagę. Idealny, a przy tym niezwykle wymowny był kształt znaku Polski Walczącej. A relikwiarz wykonał nasz miejscowy stolarz.
Przy okazji peregrynacji w zakrystiach kościelnych można nabyć książkę o bł. ks. Stanku autorstwa naszego redakcyjnego kolegi Juliana Kowalczyka.
Zdjęcia: Krystyna Waniczek i Franciszek Pacyga
[ngg src=”galleries” ids=”30″ display=”basic_thumbnail”]
Relikwie przyjechały do nas w sobotę 18 maja tuż przed nabożeństwem majowym. Przywiózł je ich kustosz, o. Łukasz Zaraś. Tuż po tym, jak samochód z relikwiarzami podjechał na parking przed kościołem, wyszli po nie o. Józef, o. Damian i wszyscy wierni. Najpierw ministranci wnieśli do kościoła obraz z wizerunkiem ks. Józefa Stanka, a tuż za nimi strażacy relikwiarz w kształcie znaku Polski Walczącej.
Ks. Józef Stanek ur. się 4 grudnia 1916 r. w pobliskich Łapszach Niżnych. Należał do księży pallotynów. Zaraz po święceniach rozpoczął studia na Tajnym Wydziale Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. 1 sierpnia 1944 r. – w dniu wybuchu powstania warszawskiego przebywał więc w Warszawie. Tuż po rozpoczęciu walki z okupantem stolicy przełożeni skierowali go do pracy kapelańskiej i duszpasterskiej w zgrupowaniu Armii Krajowej „Kryska”. Przybrał pseudonim „Rudy” i całym sercem oddał się służbie Bogu, Ojczyźnie i ludziom. Odprawiał msze polowe, spowiadał, nosił rannych i odwiedzał szpitale. Słowem, robił wszystko, by ulżyć duchowym i fizycznym cierpieniom walczących. I nawet, gdy miał taką możliwość, nie chciał ratować swojego życia. Dalej, nie bacząc na swoje bezpieczeństwo, głosił słowo Boże, rozgrzeszał, ratował rannych i przywracał nadzieję. Niestety, 23 września 1944 r. dostał się w ręce SS. Bity i popychany przez hitlerowców, zaprowadzony został pod szubienicę. Jeszcze przed egzekucją błogosławił przechodzących cywilów i żołnierzy. Powieszono go na jego własnej stule. W chwili śmierci miał zaledwie 28 lat.
– Z inicjatywą zorganizowania peregrynacji relikwii bł. ks. Józefa Stanka wyszedł do metropolity krakowskiego abpa Marka Jędraszewskiego dziekan niedzicki ks. Józef Bednarczyk. Pomysłowi przyklasnęły też Łapsze Niżne – rodzinna parafia ks. Stanka – wyjaśniał powody tej peregrynacji kustosz relikwii ks. Łukasz Zaraś. Jak zaznaczył, pochodzący z Łapsz Niżnych błogosławiony nie jest powszechnie znany, zrodziła się zatem myśl, żeby ludziom przybliżyć postać tego spiskiego rodaka. A że proces błogosławionego nadal się toczy, potrzeba świadectw doznanych za jego stawiennictwem łask i potwierdzonego cudu.
Beatyfikacji ks. Józefa Stanka 13 czerwca 1999 r. dokonał papież Jan Paweł II, czyniąc to przy okazji wynoszenia na ołtarze 107 innych błogosławionych męczenników II wojny światowej. Warto podkreślić, że ten bohaterski spiski ksiądz jest też rodzonym bratem Dominika Stanka, w którego domu w Łapszach Niżnych znajdował się punkt przerzutu kurierów na trasie Warszawa – Budapeszt. I kuzynem Józefa Stanka ps. „Lis” – tego samego, który mieszkających w Wichrówce Antoninę Małasińską i Zbyszka Pajora zaangażował w działania na rzecz Polski Podziemnej.
Relikwie błogosławionego ks. Józefa Stanka odwiedziły już Łapsze Niżne, Knurów, Kacwin, Niedzicę, Mizerną, Kluszkowce, Maniowy, Krempachy i Nową Białą. Ich wędrówka potrwa do wakacji.
A ktokolwiek chciałby poznać więcej szczegółów z życiorysu błogosławionego księdza, książka o nim autorstwa Juliana Kowalczyka jest do nabycia u o. proboszcza.
Na Spiszu, inaczej niż w pozostałych regionach Polski, święcono w tym dniu nie własnoręcznie stworzone palmy wielkanocne, lecz naturalne gałązki wierzbowe obsypane młodymi baziami. Moda na przynoszenie do kościoła palm w znanej nam dzisiaj postaci przyszła dopiero później.
Okres Wielkiego Postu i samej Wielkanocy tradycja obwarowała ważnymi zasadami. Złamanie ich odbierano w kategoriach naruszenia istniejącego porządku rzeczy i świętokradztwa. Nasycona symboliką obrzędowość Świąt Wielkiej Nocy miała swoje głębokie uzasadnienie w wiele mówiącym powiedzeniu: Bez Boga ani do proga.
Wielkanoc jako okres kojarzony wprost ze zwycięstwem nad śmiercią i początkiem nowego życia poprzedzała rozpoczęcie prac polowych i wypasania bydła. Chłopcy, których zadaniem było pilnowanie krów, w nowy sezon pasterski wejść musieli z poświęconym w kościele biczem.
Biczy nie święcono osobno. Obrzęd ten połączono z poświęcaniem wielkanocnych bazi. Wiązkę gałązek wierzbowych okręcano u dołu splecionym z lnianych nici biczem i tak uzupełniający się zestaw (gałązki nie rozpadały się, bo miało je co trzymać) zanoszono do kościoła.
Kozdy chłopiec mioł swojom wionzke bazicek i swoj bic. Fto sie uwazowoł za lepsego pastyrza, tyn lepsy bic krynciył – wspomina tamte czasy Anna Hornik z Dursztyna . – Tymi bicami potym, od wiesny az do jesiyni, chłopcy krowy paśli. W kozdym roku musioł być nowy bic i w kozdym roku nowo poświoncka.
Poświęcone palmy, inaczej niż dzisiaj, nie służyły jedynie do ozdoby. Miały do spełnienia ważne zadanie. Przed sadzeniem gruli błogosławiono nimi rolę, a pojedyncze gałązki wierzby wrzucano pod pierwszą od oraną skibę. Pojedyncze kotki bazi mieszano też z ziarnem przeznaczonym do tegorocznego siewu. Wszystko to miało zapewnić chłopom urodzaj i powodzenie w zbiorach.
Popiół ze spalonych bazi wielkanocnych przeznaczano do posypywania głów w następną Środę Popielcową. Ten zwyczaj nadal żyje. Biczy, niestety, nikt już nie poświęca, zaś miejsce tradycyjnych gałązek wierzby coraz mocniej wypierają kupione w sklepach palmy wielkanocne.
Gala jubileuszowa rozpoczęła się od występu dziecięcej kapeli, która pod okiem instruktorki gry na skrzypcach Dominiki Trybuły zagrała widzom kolędy. Zaraz po ich występie nastąpiło powitanie wszystkich zaproszonych gości. Wśród których znaleźli się m.in. wicestarosta nowotarski Bogusław Waksmundzki oraz przewodniczący Rady Gminy Nowy Targ Wiesław Parzygnat.
Założony w 1988 r. zespół Zielony Jawor liczy obecnie ok. 80 osób w 4 różnych grupach wiekowych. Na przestrzeni 30 lat swojej działalności założycielka zespołu Maria Wnęk i jej tancerze dali wiele krajowych i zagranicznych koncertów. Wystąpili m.in. w Czechach, Słowacji, Niemczech, Rumunii, Litwie, Chorwacji, Węgrzech i Czarnogórze.
A tymczasem relacja zrobiona przez TV Podhale:
[ngg src=”galleries” ids=”21″ display=”basic_thumbnail”]
O tym, że tak jest, dowiedziałam się dopiero przy okazji opublikowania wpisu o wilkach widzianych przed rokiem pod Czerwoną Skałą. To wtedy w reakcji na ten wpis dawny bywalec Dursztyna franciszkanin o. Zenon napisał do mnie: Pani Krystyno, może te wilki szły do Was na Gromniczną…
Zaskoczona tą niezrozumiałą dla mnie sugestią, postanowiłam podrążyć temat i dowiedzieć się, co kryje się za tym stwierdzeniem. I tak po nitce do kłębka zaczęłam szukać informacji o tym, dlaczego Matka Boża miałaby w jakiś szczególny sposób chronić też ludzi przed wilkami. Bo że przed burzą to robiła, wiedziałam od maleńkości. Niezawodny Internet (najszybsze źródło informacji) pokazał mi obrazy, oleodruki i szkice różnych artystów (m.in. obraz Piotra Stachiewicza) przedstawiające Matkę Bożą opędzająca się gromnicą od wilków. Były jednak i takie wizerunki Najświętszej Panienki, na których spał u Jej stóp słodko zwinięty w kłębek wilk.
W toku poszukiwań dotarłam jeszcze do dawnej polskiej legendy mówiącej o tym, że Matka Boska w lutowe noce chodzi po polach i miedzach z zapaloną świecą, chroni oziminy przed wymarznięciem i oświetla drogę zbłąkanym podróżnym. W wędrówce tej towarzyszy jej obłaskawiony wilk, zwany gromnicznym, którego Najświętsza Panienka ocaliła litościwie przed rozsierdzonymi chłopami, skierowała na drogę dobra i uczyniła swoim sługą. Tak przedstawia tę scenę w wierszu Wilk Gromniczny Kazimiera Iłłakowiczówna:
A kiedy jasną gromnicą świeci
Panna Przeczysta pośród zamieci,
już i Gromniczny Wilk za swą Panią
jarzy ślepiami.
Przed rokiem na publikację zdobytych że ino co informacji było już trochę za późno. (Minęły 2 tygodnie od Matki Boskiej Gromnicznej). Kiedy jednak dzisiaj w nawiązaniu do jutrzejszego święta otrzymałam link do Siedmiu pieśni Maryi w wykonaniu artystów Piotra Rubika, uznałam, że to najlepszy moment, by wrócić do tego tematu.
Okazało się, że nasza tradycja ludowa bardzo mocno związała symboliczne Oczyszczenie Maryi z paleniem świecy, bo dawniej każda położnica, krótko po urodzeniu dziecka musiała przejść z zapaloną świecą poza ołtarzem i dopiero wtedy doznawała oczyszczenia. Obrzęd ten nazywano wywodem. Na pewno pamiętają go jeszcze nasze babcie.
Pięknie scenę powrotu Maryi z wywodu na gruncie tradycji polskiej i w klimacie dawnej wsi polskiej przedstawił inny poeta, pisząc:
Szła nocą od wywodu
— słyszy… skomlenie wilcze
Noc ciemna choć oko wykol
— zapaliła gromnicę.Nim doszła uroczyska
po śnieżnych zaspach
— Dopadła ją po drodze
głodnych wilków wataha (…)
I tak gromnica (ze staropolskiego – gromny, huczny) chroniła także od wilków, które dawniej nękały wsie. Bo na tzw. przednówku w lutowe dni i noce, kiedy zaczynało już ludziom brakować zapasów, głodne wilki atakowały ich zagrody, Wiara w Opiekę Matki Boskiej Gromnicznej dodawała wtedy mieszkańcom otuchy i nadziei na przetrwanie tych trudnych czasów.
A mnie osobiście najbardziej w tej historii fascynuje fakt, że scenę Oczyszczenia Maryi w jerozolimskiej świątyni nasza rodzima tradycja ludowa potrafiła tak mocno przenieść na grunt polski, że „kazała” wręcz dopiero co oczyszczonej Rodzicielce Boga wędrować z użytą podczas wywodu świecą wiejskimi polami, drogami i lasami, narażając Ją na takie wilcze potyczki…
Prawda, że pięknie i zadziwiająco?
Autor grafiki: Kazimierz Perkowski – http://www.bogowiepolscy.net/galeria.html
Zdjęcia: Tomasz J Budz
[ngg src=”galleries” ids=”18″ display=”basic_thumbnail”]Zdjęcia: Kinga Pczelar
[ngg src=”galleries” ids=”19″ display=”basic_thumbnail”]
Start imprezy o godz. 18. Więcej szczegółów na dołączonym plakacie. Ale jedno już wiemy na pewno – BĘDZIE SIĘ DZIAŁO!!!